Ostatni miesiąc był koszmarny, a w zasadzie koszmarnie psychodeliczny. Minione dni to był jeden wielki czeski film, istna komedia pomyłek. A najgorsze było to, że ja psychicznie i fizycznie w efekcie jestem wykończona.
Zaczęło się niewinnie od imprezy u znajomej Bev. Był to tzw. babski wieczór. 7 kobiet i żadnego faceta. Towarzystwa dotrzymywali nam dzielnie Johnny, Jack i Glenfiddich. Ale sami rozumiecie, ich tylko 3, a nas kobiet 7. Siły nie były wyrównane i już po godzinie brakowało nam atrakcji. Jednogłośnie zdecydowałyśmy (co w gronie 7 kobiet jest istnym ewenementem), że jedziemy na dyskotekę.
- kto będzie prowadził - Spytała któraś z dziewczyn
- ja - krzyknęła nieźle wstawiona Bev
- przecież jesteś pijana - zaprotestowałyśmy
- kierowcę taksówki przez miasto do właściwej dyskoteki bo wszystkie jesteśmy pijane - szybko zaargumentowała Bev
Po niespełna godzinie w doskonałych nastrojach kontynuowałyśmy zabawę na parkiecie w jednej z typowych londyńskich dyskotek. W pewnym momencie jedna z balangowiczek (nie z naszej grupy) zaczęła świrować. Dosłownie. Wrzeszczała przekrzykując kilkusetwatowe głośniki, do tego ściągała z siebie ubranie, jednocześnie zataczając się na wszystkich dookoła. Odwróciłam się z niesmakiem i ……. na tym urwał mi się film. Nie powinnam była mieszać whisky z winem i z piwem.
Gdy otworzyłam oczy za oknem świeciło już słońce. Ucieszyłam się, że nie boli mnie głowa i, że nie mam kaca. Spróbowałam wstać z łóżka, ale dałam radę unieść jedynie głowę, po czym bezsilnie opuściłam ją na poduszkę. Moje ciało wydawało się ciężkie jakby było wykute z kamienia. Spróbowałam podeprzeć się rękoma, ale wtedy zorientowałam się, że nad nimi też nie mam władzy. Jeszcze raz podniosłam głowę i wtedy to zobaczyłam. Byłam przypięta do łóżka skórzanymi pasami.